Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

abyś go trochę poprawił — podbródek za duży. Wyborny, wyborny organista! pokażno go.

Wiktor.

Daj mi święty pokój! — Wolisz ty pokazać salceson i wino.

Ludmir.

Aha! otóż i słowo zagadki — pan głodny — pan złego humoru. Zaraz panu służyć będę! (dostając) Ale to jednak zakała dla sztuk pięknych, że wy, penzlowi i ołówkowi panowie tak jesteście chciwi tego materyalnego pokarmu.

Wiktor.

A wy, kałamarzowi i piórowi tylko powietrzem żyjecie! tylko natchnieniem Muzy! Uderz więc w złoty bardon — wznieś pieśni wieszcze — niech kamyki tańcują — drzewa płaczą — a ja tymczasem jeść będę, (czas jakiś milczenie) Powiedz mi, mój kochany Ludmirze...

Ludmir.

Oho! kochany Ludmirze — salceson skutkował.

Wiktor.

Żart na stronę — powiedz mi, czego ty się dobrego spodziewasz w twoich brudnych karczmach? czego ty szukasz między prostym ludem?

Ludmir.

Prostego rozumu.

Wiktor.

Piękny rozum! piją i po pijanemu bają.

Ludmir.

Jedz jeszcze, jedz, kochany Wiktorze, bo z twojej uwagi miarkuję, żeś jeszcze diable głodny. — Każdy nasz spoczynek, każdy nocleg w karczmie, niebyłże godnym opisania?