Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Marek.

Zatém folwark?...

Kasper.

Sprzedany.

Marek.

I ja, ja milczałem!
Mogłem słuchać wszystkiego i dotąd tu stoję!
Stajnia, sala, sad, folwark... jeszcze żonę moję...

(chce drzwi otworzyć)

Zamknięto. (puka) Hej! Mospanie! do diabła, Mospanie!
Nie słyszy. (ironicznie) Ogłuchł biedny. (puka) Daremne pukanie,
Na co ma słyszeć? albo mu źle!... (puka z największą złością)
Hej! do kata!
Ale cicho, czas zawsze ułowić prałata;
A jeszcze czego więcej dowiemy się może.

(Kasper, który stał zamyślony, zaczyna śmiać się nagle)

A to co?

Kasper (śmiejąc się).

Ale... proszę... bo to... o mój Boże!...
Kubek w kubek pan a pan ten Jegomość nowy:
Tak chodzi, zrzędzi, łaje i grzmocić gotowy.

Marek (chwytając za piersi).

Śmiejesz się?

Kasper.

Ani pisnę. — Jednak powiem szczerze,
Że który z panów mój pan, sam sobie nie wierzę,
I nie przysiągłbym teraz za nic na tym świecie.