Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wolałam więc inaczej, toż samo zostawić:
W pularesie kazałam portrety oprawić,
Jeden skryty na zawsze, a drugi zostaje,
I ten ci w upominku mej przyjaźni daję.

(kładzie mu pulares na rękę i wybiega)





SCENA VI.
Zdzisław (po krótkiém myśleniu).

Rozumiem cię, rozumiem, zgadłaś czucia moje,
W osłonie niesiesz ulgę, kórej się sam boję.
Żaden głos, ni mój własny, nigdy nie wyjawi
Tę pożerczą namiętność, co mi duszę trawi.
Miedzy mną a Zofią, przedział jest bez miary,
Nadziejaby w tym razie wartą była kary
I jeślibym znieść nie mógł, być wzgardzonym od niej,
Ona gardząc, postąpić nie mogłaby godniej.
Przyjaźni, dobrodziejstwa, taż ma być nagroda?
Każdaż łaska do nowych, nowe żądze poda?
I za to, że mnie swoim zwała przyjacielem,
Maże oszczerczych plotek zostać jeszcze celem?
Nigdy! — krom mej miłości, wszystko przezwyciężę,
Uczynić ją szczęśliwą wszelkich sił natężę,
I w drugiego objęciu..... (z goryczą i przymusem)
gdzie ją sam umieszczę,
Potrafię, chcę ją widzieć, widzieć i żyć jeszcze.

(po krótkiém myśleniu uspokoiwszy się)

Ale rysy jej twarzy, jej, jej lubej twarzy,
Gdy mnie tak niespodzianie los dziś niemi darzy,
Już nie odstąpią serca, które dla nich bije,
One przyjmą łzy moje, im męki odkryję.

(otwiera pulares)