Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zdzisław (zmieszany).

Ja, ja, panno Bobiné.

Bobiné.

Mówiąc między nami,
Nie ma nic złego.

Zdzisław.

Jakto?

Bobiné.

I pragnęłam szczérze,
Twym życzeniom zadosyć uczynić w tej mierze.

Zdzisław.

Życzeniom?

Bobiné.

Posiadać go czyż nie życzysz sobie? —
Myślałem więc dlatego tylko o sposobie,
Bo nie wiem, czy postrzegłeś (ironicznie) ów zbytek czułości:
Że na przeciwnej stronie, na tej samej kości,
Portret Zosi....

Zdzisław.

Czym postrzegł? jakto? (na stronie) cóżto znaczy?

Bobiné.

Czy jeszcze nie dość jasno wszystko się tłómaczy?
Za rozkazem jej matki był niegdyś zrobiony;
Ja jestem, jak wiesz, z jednej, Zosia z drugiej strony;
Nie mogłam więc dać siebie, niedając i Zosi;
Ale czas, jak to mówią, i radę przynosi.
Kazać nowy malować było nierozsądnie,
Często, gdzie mu nie trzeba, nie jeden zaglądnie,
A potém z dodatkami, jak nieraz powtórzy,
Z najmniejszego robaczka, w końcu słonia stworzy.
Twój honor zaś mi ręczy, że zachowasz ściśle,
Co skrytém być powinno, co ci zwierzyć myślę,