Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dajmy już temu pokój, bo krew mi się burzy;
Niech pan jeszcze przed panią te myśli wynurzy;
Ona, co się tak cieszy, co tak mocno rada,
Że swego przyjaciela w swym domu posiada.
Ile razy list przyszedł, zaraz do czytania,
Potém do mnie: „Krupkowski, Zdzisław ci się kłania,
Ale pamiętaj o nim, on sam nic nie powie,
Może mu czego trzeba“; — i nie dość na słowie,
Póty nas nie odstąpi, póty nie usiędzie,
Póki paka zamknięta na bryce nie będzie;
Albo nieraz czas na bal, grzmi cała Warszawa,
A ona książki składa dla pana Zdzisława;
Możnaż więcej i bratu przyjaźni dowodzić!

Zdzisław (na stronie).

O Zofio! Zofio! czémże ci nagrodzić?

Krupkowski.

I chciałżebyś pan teraz za to ją zasmucać?
Dom, w którym cię tak lubią, niewdzięcznie porzucać?

Zdzisław.

Zasmucać? nie, w jej woli święte dla mnie prawo.

Bobiné (wchodząc, do Krupkowskiego).

Pani go potrzebuje.

Krupkowski (biegnąc).

Biegnę.

Bobiné (śmiejąc się).

Tylko żwawo.





SCENA V.
Zdzisław, Bobiné (papiloty rozwinięte, mocno uróżowana).
Bobiné (na stronie).

Serce bije, głos niknie, cała drżę i płonę,
Ach, twojeto, miłości, pociski szalone!