Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Któż bo zawsze złej strony w każdém słowie szuka?
Ach, jak, panie Zdzisławie.... ażem się zczerwienił....
Jak możesz brać do siebie, com niechcąc namienił?
Fe, fe, ja jestem sługą, nie posiadam wiele,
A lichym moim kątkiem chętnie się podzielę
Z każdym, co aby w kraju rodak żył spokojnie,
Niewygody, głód, zimno, cierpiał gdzieś na wojnie;
Co może, kiedym drzymał smacznie przy kominku,
Nie znalazł w dzień pokarmu, w nocy odpoczynku,
I kiedy w ciepłem łóżku mogłem w puchu spłynąć,
On może nie miał w polu czém rany zawinąć!
Fe, fe! (ocierając łzę) panie Zdzisławie, nie tak myśli stary.

Zdzisław (wstrzymując mu rękę).

Starego serce znane, dusza godna wiary;
Lecz mojato myśl była, co trwa nawet we śnie:
Ze mimo wszelkich przyczyn, smutno i boleśnie,
W cudzym domu wyglądać dalekiego końca.

Krupkowski.

Synem jest w każdym domu ojczyzny obrońca,
Nareszcie, tuś pan wyrósł, od kolébki prawie
Wychowany wraz z panią.

Zdzisław.

Bez celu dni trawię.

Krupkowski.

Maszże je w nędzy trawić, że ręka zrąbana
Szabli dźwignąć nie może?

Zdzisław.

Służyć....

Krupkowski.

Proszę pana!