Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Zdzisław.

Z niektórych względów obraz rzetelny, niestety!
Lecz z drugiej strony, Alfred posiada zalety,
Które...

Elwira.

Pst! Otóż oni. Oddalić się wolę;
A Pan, Panie Zdzisławie, pamiętaj na rolę.

(odchodzi z panną Martą razem, zatrzymawszy się nieco w głębi).





SCENA VIII.
Alfred, Zdzisław.
Alfred.
(wyrwawszy się Marcie w pół ulicy, zmordowany).

Ach, Zdzisławie, Zdzisławie! tego już za wiele,
Dziś jeszcze albo sobie, albo jej w łeb strzelę.

Zdzisław.

Ale dla czegoż znowu rozpaczać tak bardzo?
Przykro, pewnie; lecz ludzie, co tak jak ty gardzą...

Alfred.

Żenić się, nie ożenię; nie to mnie zastrasza,
Lecz kłopot, śmieszność ściągnę... wieść się już rozgłasza.

Zdzisław.

Ha! wcześniej, później, trzeba szaleństwa opłacić.

Alfred.

I owszem... wszakżem mówił, chcę zapis utracić.
Lecz ta mara piekielna, krwawa moja plaga,
Ręki mojej jedynie gwałtem się domaga.
Powiada, że sąd tylko rozłączyć nas może;
Pozywajże się teraz! A jeśli położę
Nagłym odjazdem koniec tej przeklętej sprawie,
Jeśli wszystko bez względu losowi zostawię,