Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Elwira.

Właśniem wczoraj wróciła i w tejże godzinie,
Widząc miłość Julii, plan spisku podaję,
Który będąc poprawą, nagrodą się staje.
Musiałam wprawdzie zwalczyć te nieznośne względy,
Co pęd duszy hamując, lepiej kryją błędy,
Te wieczne: to nie ujdzie! to rzecz niewidziana!
Cóż będzie? cóż powiedzą? lecz ja przekonana,
Że przy czystém sumieniu gorsza chwila smutku,
Niż tysiąc: co powiedzą, przywiodłam do skutku...

Zdzisław.

Zamiar, z którego nigdy nie wypłyną żale.
I jak poznasz Alfreda...

Elwira.

Znam go doskonale,
Nie tylko z pochlebnego Julii obrazu,
Lecz taki się charakter poznaje do razu,
Jak kłębek, zaczep koniec a rozwiniesz cały.
Alfred ma wszystkie wady, co się duszą stały
Tych, co chcąc użyć życia w każdej jego chwili,
Nie dla trosek, lecz uciech, świat sobie sprzykrzyli.
Syty niby już życia, przyszłością się trudzi,
Gardzi ludźmi a tkliwy na mniemanie ludzi,
Bojąc się zbłądzić czuciem, czucia się wyrzeka,
W urojone granice przed sobą ucieka,
Obojętny z układu, szydzi, gdy się lęka,
Z wszelkiej władzy urąga, a przed każdą klęka.
Tak, zawsze z samym sobą w nieustannym sporze
I znieść jarzma nie zdoła i zrzucić nie może.