Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

I teraz nic tam niema oprócz mojej chaty.
Tam więc spałem, aż tu sztuk! rymło jak z armaty!
Zląkłem się tęgo... w żonce jak duszy nie było.
Aż tu znów sztuk! pół okna na izbę rzuciło.
O, strach! niema co czekać... tfy, coto być może?
Ha, pójdę... czy nie zginę... idę na podwórze,
Aż tu pański cap biały przed nogami pada

Karol.

Cap biały!

Pierwszy Wieśniak.

Źle! co to jest? biegnę do sąsiada,
Z nim po wsi... i tak żwawo wszyscy się zerwali,
Żeśmy jeszcze ze strzelbą Panicza zastali.

Karol (na stronie).

Więc to browar! cap biały!... o hańbo, o wstydzie!

(do wieśniaków)

Zatém wam, jak miarkuję, o zapłatę idzie.

(dostając sakiewkę)

Jamto zrobił te szkody... na, macie... Bóg z wami

Wójt.

Hm!... nie... kiedyście winni, chodźcie i wy z nami.

Karol.
(dostając sakiewkę położył pałasz, który zaraz wziął jeden z wieśniaków).

Co, ja? zobaczę!... (nie widząc pałasza)
Wzięli! muszę uledz sile,
Lecz za mnie ten Jegomość nacóż cierpi tyle?

FINAŁ.
Karol.

On niewinien, wyznać trzeba.

Burmistrz.

Ach, niewinien, widzą nieba!

Wójt.

Co, nie winien?...