Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Bo moja głowa czuwa i wszystko układa,
Bo Mateusz Sędziłko jest Burmistrz nie lada.
Cóż to było? nikogo niema? tam do kata!
Hm! jakiś Hiszpan...? Hiszpan? co za dziwna szata!
Jakie zęby... twarz... nozdrze!

(Słychać strzał; Burmistrz ucieka ku drzwiom swoim, świéca mu wypada, gaśnie, on trąca o stół.)

Cóżto, stół? dla Boga!
Ach jakże mnie gwałtownie przeraziła trwoga!
Byłbym do gospodyni wleciał mimo chęci:
Tuż przy jej drzwiach stał stolik, mam dobrze w pamięci.
Pięknieby było; w nocy Burmistrz w łóżko włazi...
Fe, fe... nigdy roztropnych czyn taki nie skazi.

(odchodzi do alkierza po prawej ręce)





SCENA VIII.
Burmistrz, Michał, Małgorzata.
Małgorzata (w alkierzu).

Ach, kto tu! gwałtu! gwałtu!

(po krótkiém milczeniu)

Poczekajno łotrze!
A, mam cię, mam cię ptaszku! łapaj, łapaj Kmotrze!

(Wypada Burmistrz, zawadza nogą o tapczan, na którym spał Michał i upada; zrywa się Michał, którego chwyta Małgorzata; tymczasem Burmistrz podnosi się i w najbliższém miejscu przy stronie staje).

A, jesteś!

Michał (przestraszony).

A... a... jestem.