Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Od jej zawiązku w jakiejbądź zabawie,
Wesołą Panią nie widziałam prawie.
Leżą w szufladach paryzkie ubiory,
Tak innym damom do nabycia trudne:
Czépeczki, wstążki, batysty i mory,
A pelerynki, pelerynki cudne,
Szlarki anielskie, a zwłaszcza te w ząbki,
Leżą nietknięte jakby stare rąbki.

(z rozczuleniem)

Wszystko Pani przeglądasz obojętnym wzrokiem,
Kaszmir, jak i perkalik równém widzisz okiem,

(coraz bardziej rozczulona)

Girlandy nie chcesz nosić, stronisz od zwierciadła,
Słowem okropność w tym domu osiadła!
Wszystko to tej miłości nieszczęsne są skutki;
Lecz teraz przecie, jak miną te smutki,
Powróci spokój, zgryzoty się zmniejszą.

Elwira.

Dobrze mówisz, Justysiu, będę spokojniejszą.
Chwile roskoszy! nic was nie zatrzyma
I nadziei nawet niema!
Zniknął sen szczęścia, zniknął mój świat cały,
Tylko żale mi zostały!

Justysia.

Miną i żale jak i tamte chwile,
Lecz nacóż wspominać tyle,
Nacóż rozmową zawsze je odnawiać?

Elwira.

Dobrze mówisz, Justysiu, nie trzeba rozmawiać.
Ale powiedzże sama, jakie miał wejrzenie,
Kiedy swych uczuć dawał zapewnienie:
Ten uśmiech czarujący i ten wyraz w twarzy,
Którym Bóg tylko kochających darzy!