Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wtedy, jak ta kamelia zwiędnie.
— A kiedyż ona zwiędnie?
— Jutro, między jedenastą a dwunastą w nocy. Czyś zadowolony?
— Pytasz mi się?...
— Ani słówka o tem, ani twemu przyjacielowi, ani Prudencyi, ani komukolwiekbądź.
— Przyrzekam ci to.
— A teraz, pocałuj mnie i chodźmy do tamtych.
I przycisnęła swe usta do ust moich, poczem poprawiła znowu włosy i wyszliśmy z tego pokoju, ona, śpiewając, ja — szalony prawie.
W salonie zatrzymała się i rzekła cicho:
— Wydaje ci się to zapewne dziwnem, żem cię tak prędko przyjęła, wiesz zkąd to pochodzi? To pochodzi ztąd — mówiła dalej, biorąc mą rękę i kładąc ją na swojem sercu, które czułem, jak biło szybko i ciągle — to ztąd pochodzi, że mając żyć już niedługo, przyrzekłam sobie, że będę żyć prędzej.
— Nie mów tak, proszę cię.
— O nie smuć się — szepnęła z uśmiechem — jakkolwiek krótko mam żyć, jednak dłużej żyć będę, niż twoja miłość.
I, śpiewając, weszła do stołowego pokoju.
— Gdzie jest Nina? — spytała, widząc Prudencyę i Gastona samych.
— Śpi w twoim pokoju, czekając na ciebie — odrzekła Prudencya.
— Nieszczęśliwa, zbiję ją; no, panowie, idźcie sobie, już czas...