Strona:PL Ajschylos - Cztery dramaty.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Że w tak rozpacznem się grzebie
Słów rozpasaniu twój duch?
Nie szedł-ci nigdy po ziemi
Równie straszliwy słuch!
Twój czas
Snać-ci już zgasł!
Ach! Cóż się stanie dalej?
KASANDRA.
Nie będzie me proroctwo ni oblubienica,
Co w ślubne otuliła zasłony swe lica.
Zaszumi ni poranny wiatr na morskiej toni
I, kłęby mgieł rozwiawszy, by falę wyłoni
Nieszczęście, stokroć większe, niż wszystkie na ziemi
Nieszczęścia! Tak! nie będę już zagadkowemi
Wieściła wam słowami! A was tu na świadki
Przyzywam, iże węch mój, niezwykły, węch rzadki,
Wyśledził krwawe drogi najdawniejszych zbrodni.
Nie wyjdzie z tej siedziby chór, co jaknajzgodniej
Niezgodne nuci hymny, pieśni klątw i kary.
Przeciwnie: krwią upojon, wylaną bez miary,
Szaleje tłum Erynyj, nie myślący wcale
Opuszczać tego domu. W swym złowróżbnym szale
O pierwszej śpiewa winie straszny śpiew, klątwami
Rzucając i na zdrajcę, co małżeńską plami
Łożnicę swego brata. Strzały mojej siła
Czyż chybia? Czy też dobrzem w środek wyceliła?
Szachrajska-ż ze mnie wróżka, żebrząca po mieście?
Przysięgnij, że poświadczysz, jako mnie, niewieście,
Stojącej tu przed tobą tej gorzkiej godziny,
Nie tajne są pradawne rodu tego winy.