Strona:PL Ajschylos - Cztery dramaty.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


POSEŁ.
Tęsknotę twą budziła naszych wojsk tęsknota?
PRZODOWNIK CHÓRU.
Ze nieraz jęki głuche rozdzierały duszę.
POSEŁ.
A skądże takie w domu nadmierne katusze?
PRZODOWNIK CHÓRU.
Milczenie już oddawna najlepszy mój lekarz.
POSEŁ.
Któż gnębił cię w czas wojny? Na kogo narzekasz?
PRZODOWNIK CHÓPU.
Z rozkoszą i ja dzisiaj byłbym umrzeć gotów.
POSEŁ.
Zadowoleni bądźmy z szczęśliwych obrotów. —
Choć, prawda, czas tak długi zło i dobro płodzi.
A o kim, oprócz bogów, powiedzieć się godzi,
Że nigdy trosk nie zaznał? My zaś jakież chwile
Miewali dolegliwe?! Ileż trudów, ile?
Ciasnota na okręcie, niewygodne leże,
Co moment jakieś skargi, jakieś żale świeże.
Na lądzie jeszcze gorzej. Rozbiliśmy płótna
Tuż obok murów wroga: wilgoć łąk okrutna
I rosa spadająca z pochmurnych niebiosów,
Moczyły nam odzienie, w czochry naszych włosów
Dostało się robactwo. A któż niepamięta
Tych strasznych zim, gdy z mrozu ginęły ptaszęta?
Tych śniegów, które Ida sypała bez miary?
A one letnie spieki, południowe żary,
Gdy morze, bez powiewu, bez najmniejszej fali