Strona:PL Adam Asnyk-Poezje t.3.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ja żądałem od ciebie: „Daj mi nieśmiertelność,”
A tyś się przychyliła do życia z uśmiechem.
Jak bogacz, który nie dba o to, co rozdaje;
Lecz surowe Godziny gniewną wszczęły pracę
Przeciw mnie, i złamały, skaziły, zepsuły,
A nie mogąc mnie dobić, zostawiły nędzne
W obliczu nieśmiertelnej młodości kalectwo:
Wieczystą starość obok wieczystej młodości —
I stałem się popiołem. Czyliż to naprawić
Twoja miłość i piękność zdoła nawet teraz,
Gdy tuż nad nami srebrna gwiazda, twój przewodnik.
Oświeca w twoich oczach łzy, które wylewasz
Na głos mój? Pozwól umrzeć, dar swój weź ode mnie:
Pocóż ma pragnąć człowiek, aby w jaki sposób
Wyróżniał się od ludzi pokrewnego rodu
Lub mijał przeznaczoną od losów ciemnicę.
Gdzie dla wszystkich spoczynek, dla wszystkich spotkanie!
Łagodny wietrzyk chmury jak wachlarz rozwija;
Przez nie przegląda ciemny świat ten, gdziem zrodzony.
Znów się wykrada dawny, tajemniczy połysk
Z twego czystego czoła, i z twych czystych ramion,
I z łona bijącego odnowionem sercem;
Twe lica różowieją przez mroki rumieńcem;
Twe wdzięczne oczy zwolna jaśnieją tuż przy mnie,
Zanim zagaszą gwiazdy; zaprząg twych rumaków,
Chciwy jarzma, z miłością ku tobie wzlatuje