Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niech pan dziś jedzie, a dwudziestego piątego czekam pana do pierwszego mazura... Niech pan jedzie, bo wujaszek i tak już zrzędzi na temat: niepilności gospodarskiej!.. Trzeba na mazura zasłużyć. — I podała mu znowu rękę, na pożegnanie już, musiała jednak pierwsza ją cofnąć, bo uszczęśliwiony Władysław byłby trzymał tę drobną rączkę do wieczora i nie byłby wcale odjechał. Pożegnawszy serdecznie ciotkę, marszałka i kapitana, jeszcze raz zbliżył się do Jadwigi i czułem spojrzeniem wybłagał jeszcze jedno uściśnienie dłoni, później zbiegł pospiesznie przed ganek, uściskał serdecznie kapitana i Józia, którzy go aż tam odprowadzili, i jednym zamachem znalazł się na wózku.
— Stój! Stój, szaławiło! — wołał za nim kapitan, kiedy wypoczęte klacze ruszyły z kopyta. — Jeżeli będziesz w domu, to odwiedzę cię w czasie nieobecności marszałkowstwa.
— Dobrze! Proszę! Bardzo proszę! — rzucił przez ramię, starając się zniecierpliwione konie wprowadzić w równy, spokojny kłus.
Przed bramą obejrzał się jeszcze raz i zobaczył — Jadwigę stojącą w oknie, i wydało się mu, że na ukochanem tem obliczu dostrzega czuły, życzliwy uśmiech i żal za odjeżdżającym; w pierwszej chwili chciał natychmiast wrócić przed ganek, pójść tam do niej i przy wszystkich upaść przed nią na kolana i zawołać głośno: — kocham cię, bądź moją! Wzgląd jednak na marszałka, na jej własne życzenie wreszcie powstrzymał go od tego... Źle jednak zrobił, że nie usłuchał tego instynktu duszy.