Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż bo ja mam robić? — zawołał niecierpliwie Władysław. — Bóg widzi, że Jadwigę kocham, chciałem się jej rano oświadczyć, a czy pozwoliła na to? Wczoraj zdawało mi się, że wszystko dobrze, że mam jej wzajemność; dziś zupełnie co innego.. Doprawdy, że głowę tracę i sam nie wiem, co się ze mną, i w koło mnie dzieje.
— Widzę, że głowę tracisz, ale to trudno, za moich czasów nie potrzeba było uczyć kawalerów, jak mają z pannami w takiej materii gadać, z urodzenia to mieli w sobie; no i ty na trusię nie wyglądasz, z tą gęsią umiałeś parlować i oczy do niej zawracać...
— Niechże mi kapitan da pokój i zamiast gderać da dobrą radę.
— Ja ci taką dam radę, żebyś jutro po śniadaniu jechał do domu, za tydzień marszałkowstwo z Jadwigą jadą do wód, nim wyjadą, a później jak wrócą, ja z panną pomówię na rozum, kiedy ty sam nie umiesz, i dam ci znać... Dwudziestego piątego września urodziny marszałkowej, będzie polowanie i bal, to może wtenczas dobijecie targu; na koniu siedzisz dobrze, pannie się podobasz, ona sama jeździ jak huzar... No, jakoś to będzie, tylko sprawuj się dobrze, z tymi nietoperzami nie wdawaj się, bo to zaraz donoszą i robią z tego okropne historje
Władysław leżąc w łóżku słuchał mądrych rad kapitanowych; w duszy przyznawał mu zupełnie racją i ruchem głowy potakiwał.
Widząc to, staruszek rozchmurzył się, powiedział mu dobranoc i poszedł do siebie.