Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odpowiedzi na to spojrzenie, rzekł, tłumacząc się:
— Znosić nie mogę obmowy! Daruj mi kochany marszałku, że musiałem tu dotknąć Sępińskich, którzy są twoimi krewnymi, ale rozgniewały mię plotki przez takiego Wicia rozsiewane a z gruntu nieprawdziwe... Każdy z nas pijał czasami i wypić potrafi, po cóż jednak z tak zwykłej rzeczy robić ważną historję.
— Ależ szanowny kapitanie dobrodzieju — przerwał mu usprawiedliwiając się baron — nikt nie myśli z tego robić historji... Ot tak wspomniałem mimochodem, w rzeczy samej jednak — i zaczął się plątać w dowodzeniach na temat, że nie miał zupełnie zamiaru robienia plotki...
Na szczęście marszałkowa, której takt towarzyski był znany w całej prowincji, odczuła, na jak śliskie tory rozmowa schodzi i przerwała ją w sam czas, zapytując barona: jak stoi sprawa towarzystwa dobroczynności, o którym on jako bliski znajomy gubernatora, prezesa towarzystwa, powinienby mieć dokładne wiadomości?
Raz skierowana uwaga powszechna na przedmiot tak daleki od wszelkich osobistych spraw, zajmowała się nim do końca objadu. Władysław tylko siedział pochmurny i nie brał w dyspucie udziału; na zapytanie sąsiadki swej Niny odpowiadał monosylabami, a bezustannie szukał sposobności pochwycenia spojrzeń Jadwigi, nie udawało mu się to jednak, Jadwiga bowiem jakby umyślnie wypełniała arcypilnie rolę wicegospodyni i bawiła teraz gorliwie młodszą baronównę pannę Lolę, ciche i nieśmiałe dziewczę która wydawała się jej w tej chwili o wiele sympatycz-