Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ratunek, żeby marszałek kupił dobrego angielskiego folbluta.
— Tylko po folblucie angielskim — kończył zapalając się — można dziś czegoś się dochować, a po tych arabach wyrastają bryczkowe mierzyny lub chmyzy, po ciężkich zaś szkapach z zachodu — świnie.
— La... la... la!... Gadaj zdrów! — przerwał mu niecierpliwie kapitan. — Już to pewno od żadnej „Miss farmazonki“, po lordzie Indianie, czy tam indyku nie dochowasz się ty takiego konia, jak był mój Szumka... com go miał od mego stryja... a pochodził ze Sławuty od ś. p. księcia Eustachego; było tak...
— Wiemy jak było kapitanie — przerwał mu marszałek, który także chciał odpowiedzieć Władysławowi na jego zarzuty. — Widzicie — mówił — ja ani Władziowego ani kapitańskiego zdania nie pochwalam, i już będę się trzymał perszeronów, bo to mocne koniska i w robocie doskonałe, a że teraz cug pani marszałkowej trochę mniej pokaźny, niż pani hrabiny Izy, to mało nam na tem zależy...
— Po cóż się wuj mnie o zdanie pyta? — szepnął przez zęby gniewnie Władysław. — Jeżeli tak, to i rasa „jork“ dobra, tuczy się doskonale.
— Gadaj zdrów! — rzucając się, odparł marszałek. — Ot tak chciałem się poradzić ale widzicie, chłopskie przysłowie mówi „ludzi się radź, a swój rozum miej“... więc ponoś przy perszeronach zostanę, a Bajraktara sprzedam, jeżeli mi się kupiec trafi... No! jedźmy do domu, żeby marszałkowa z objadem na nas nie czekała... Pół do drugiej, a mamy przed sobą dobrych