Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niemem skinieniem dała znak do powstania. Władysław w tej chwili dopiero ujrzał, że nie tknął dotychczas stojącej przed nim filiżanki z herbatą, chwycił ją pospiesznie, a podniósłszy do ust jednym haustem wlał w nie wystygnięty już zupełnie napój. Na ustach patrzącej na to Jadwigi wykwitł nagle wesoły, rozkoszny uśmiech.
— O czem pan myślałeś podczas herbaty? — zapytała go, gdy przechodząc do salonu w drzwiach znaleźli się obok siebie.
— Ach, o tysiącu rozmaitych rzeczy! — odpowiedział jej tym samym przyciszonym głosem, lecz wzrok jego rozkochany mówił jej wyraźnie: — O tobie, o tobie, jedyna, ukochana dziewczyno!
I byłby jej to powiedział słowami, byłby ją przycisnął do piersi, w której biło rozszalałe rozbolałe serce, gdyby nie obecność marszałkowstwa, kapitana, Józia.. Ach, jakże pragnął tego wieczoru znaleźć się sam na sam z Jadwigą i wszystko jej wyznać.. i prosić, błagać o wzajemność, której swoją drogą tego wieczoru był pewny.
Tymczasem jak na złość marszałek przypomniał sobie jakiś dawny interes majątkowy i wezwał go z sobą do kancelarji i kazał mu wertować wraz z sobą jakieś dokumenty stare, przed jego przyjściem na świat sporządzone. Kazał mu zliczać całe kolumny cyfr, dodawać, odejmować, mnożyć i dzielić, a później z niekłamanem zdziwieniem patrzył nań, gdy się on w tych działaniach arytmetycznych mylił, gdy dzielił wówczas, kiedy powinien był mnożyć i na odwrót. Z powodu tego roztargnienia zajęcie, które mogło się skończyć w kwandrans, potrwało z górą dwie godziny, w których poważny marszałek zirytował się kilka razy na serjo.