Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Karol — a właściwie anioł biały zwyciężył... Klub nietoperzy stracił swego prezesa.
Msza się skończyła. Władysław wstał z klęczek i raźno z podniesioną głową wyszedł z kościoła. Czytał teraz jasno w duszy własnej. Czuł teraz wyraźnie, że kocha Jadwigę, nie tą ziemską pożądliwą miłością, do której czuł w tej chwili wstręt i obrzydzenie, ale innem, podnioślejszem uczuciem. Nie kocha on li oczu jej czarnych, ust purpurowych, nie marzy o jej alabastrowem łonie... lecz czci w niej symbol, czci przyszłą kapłankę domowego ogniska, przyszłą matkę rodu, która zaszczepi w duszach i sercach jego dzieci te uczucia, te przekonania, które przekazywały matki synom przez cały szereg pokoleń, od kiedy ród jego istnieje. Czuł, że kocha on i pożąda nietyle jej osoby, jak uzdrowienia, jak karbów obowiązku, jak słodyczy domowego ogniska, które ona mu wraz z sobą przyniesie.
Był już zupełnie zdecydowany.
Pewnym i śmiałym krokiem wszedł do swego pokoju, obudził Żorża, kazał mu nie wpuszczać nikogo do pokoju, nie budzić go pod żadnym warunkiem przed dwunastą godziną — i położył się spać. Spokój duszy, który w nim teraz zapanował i znużenie fizyczne spowodowały, że zasnął odrazu, mocno i spokojnie... A we śnie widział — tak jak na jawie — jak biała, wyanielona postać jego matki zbliżyła się do niego i wyciągnęła ręce nad głową syna, błogosławiąc go na drogę nowego życia.