Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


że Jaś ma dla mnie jakiś kult bałwochwalczy. Jakie to szczęście, że nie jestem panną.. bo w takim razie byłaby to miłość — nieszczęśliwa, uczucie pogardzone. Jasiu! Tyś chyba nie wzbudził w żadnej białogłowie poważniejszej namiętności. Co?.. No, przyznaj się.
Chłopak zaczerwienił się gwałtownie, usta zagryzł aż do krwi, ale nie rzekł ani słowa nauczył się już znosić dogryzki hrabiego Karola... hrabiego Karola, wprowadzającego go w arystokratyczne sfery, do których on tak pragnął się wcisnąć i w nich zostać do śmierci. Gospodarz, zauważywszy przykrość, jaką Karol wyrządził, w rzeczy samej bałwochwalczo don przywiązanemu Jasiowi, starał się zapobiedz dalszym żartom i odwrócił uwagę od tego drażliwego przedmiotu, nastając, żeby natychmiast zasiedli do stołu i zabrali się na serjo do trufli, które mogą ostygnąć i stracić przez to smak i zapach.
Dobrej rady usłuchali gości bez oporu i zaczęła się kolacja, przerywana tylko krótkiemi pochwałami podawanych potraw i genjuszu starego Stanisława, lub błyskotliwymi wybuchami francuskiego dowcipu hrabiego, po których następował ogólny śmiech i pełne adoracji spojrzenia Jasia, rzucane w stronę niedościgłego ideału. W miarę spożywanych potraw i wypróżnianych kielichów szampańskiego wina humor biesiadników wzrastał ciągle; nawet gospodarz rozchmurzył się całkiem, a z jego czoła znikł zupełnie ów podłużny fałd, tkwiący między oczami. Z wielką werwą i dowcipem opowiedział swym przyjaciołom dzisiejsze zdarzenie z Fiksem, przestrach tegoż i pośpieszną ucieczkę. Hrabia aż kładł się od śmiechu.