Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/330

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan zaczął się śmiać; Kubuś zaś, zwracając się do wieśniaka, który go nie mógł słyszeć, mówił: „Wal, nieboraku, wal ile zapragniesz; już nasiąkł swoim narowem: zużyjesz niejeden rzemień w biczysku, zanim wszczepisz temu hultajowi nieco prawdziwej godności i zamiłowania do pracy...“ Pan ciągle się śmiał. Kubuś, trochę z niecierpliwości, trochę ze współczucia, wstaje i zbliża się do rolnika; ale nie uczynił jeszcze dwustu kroków, kiedy, odwracając się do pana, zaczyna krzyczeć: „Panie, chodź pan, chodź prędko; to pański koń, to pański koń.“
Było to w istocie prawdą. Zaledwie koń poznał Kubusia i jego pana, zerwał się, wstrząsnął grzywą, zarżał, wyprężył się, i zbliżył czule pysk do pyska towarzysza. Tymczasem, Kubuś, oburzony, mruczał między zębami: „Łajdaku, nicponiu, leniwcze, nie wiem co mnie wstrzymuje abym ci nie wlepił ze dwadzieścia batogów?...“ Pan, przeciwnie, całował go, gładził po bokach, klepał przyjaźnie po zadzie, i, prawie-że płacząc z radości, wołał: „Kosiu, mój biedny kosiu, odnajduję cię wreszcie!“
Rolnik nic się tem nie wzruszył. „Widzę, panowie, rzekł, że ten koń należał niegdyś do was; niemniej przeto ja jestem jego prawym właścicielem; nabyłem go na ostatnim jarmarku. Gdybyście chcieli wziąć go z powrotem za dwie trzecie tego, co mnie kosztował, oddalibyście mi wielką usługę, na nic mi się bowiem nie zda. Kiedy go przyjdzie wyprowadzać ze stajni, to istny dyabeł; kiedy trzeba zaprządz, jeszcze gorzej; skoro zaś jest już w polu, kładzie się i raczej dałby się zatłuc, niżby miał pociągnąć trochę, lub ścierpieć jaki worek na plecach. Moi panowie,