Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KUBUŚ. — Nie.
PAN. — I jesteś zdania, abym ja dalej snuł historję moich?
KUBUŚ. — Jestem zdania, aby uczynić pauzę i zajrzyć do bukłaczka.
PAN. — Jakto! przy twoim bólu gardła, dałeś napełnić bukłaczek?
KUBUŚ — Tak, ale, do wszystkich par djabłów, ziółkami; dlatego też nie mam w głowie ani krzty myśli, jestem doszczętnie głupi; i, dopóki w bukłaczku będą jeno ziółka, zostanę głupi.
PAN. — Co ty robisz?
KUBUŚ. — Wylewam ziółka na ziemię; boję się aby nam nie przyniosły nieszczęścia.
PAN. — Warjat jesteś.
KUBUŚ. — Warjat czy mędrzec, to pewna, iż nie zostanie w bukłaku ani łezka.

Podczas gdy Kubuś opróżnia bukłaczek na ziemię, pan spogląda na zegarek, otwiera tabakierkę i gotuje się ciągnąć dalej historję swoich amorów. A ja, czytelniku, mam pokusę zamknąć mu usta, ukazując zdala albo starego wojskowego na koniu, jak, z pochylonym grzbietem, przybliża się żwawym truchtem; albo młodą wieśniaczkę w słomkowym kapeluszu, w czerwonej kiecce, wędrującą pieszo lub na ośle. I czemużby stary wojskowy nie miał być kapitanem Kubusia, albo też kolegą kapitana? — Ależ on umarł. — Tak myślisz?... Dlaczegoby młoda wieśniaczka nie miała być panią Zuzią, albo Małgosią, albo też gospodynią z pod Wielkiego Jelenia, albo matką Joanną, albo zgoła Dyzia jej córką? Fabrykant romansów