Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BYK SYN. — Jakóbie, dość tych żartów; trafił czy nie trafił, nie lubię tego.
BYK OJCIEC. — Nie chcesz pić, to nie: nam to nie przeszkodzi. Twoje zdrowie, chrześniaczku.
JA. — Za wasze, chrzestny ojcze; Byczku, przyjacielu, wypij z nami. Zanadto się sumujesz dla tak drobnej rzeczy.
BYK SYN. — Powiedziałem już, że nie piję.
JA. — I cóż? jeżeli ojciec zgadł, cóż u djaska, zobaczysz ją, porozumiecie się, i przyznasz że nie miałeś słuszności.
BYK OJCIEC. — Ech, zostaw-że go; czyż nie godzi się, dalibóg, aby ta ladaco ukarała go za strapienie jakiego mi przysparza? No, jeszcze łyk, i przejdźmy do twojej sprawy. Domyślam się, że chodzi o to abym się odprowadził do ojca; ale co ja mu powiem?
JA. — Co pan zechce; wszystko to co pan słyszał od niego sto razy, ilekroć przyprowadzał tutaj pańskiego syna.
BYK OJCIEC. Chodźmy...
Wychodzi, idę za nim, zbliżamy się do drzwi, puszczam go do wnętrza samego. Ciekawy rozmowy Byka-ojca z moim, chowam się w jakimś zakątku, za przepierzeniem, skąd nie tracę ani słóweczka.
BYK OJCIEC. — Ech, kumie, trzeba mu jeszcze darować tym razem.
— Darować, a co?
— Udajesz, że nie wiesz.
— Nie udaję, naprawdę nie wiem.
— Jesteś zgniewany i masz słuszność.
— Nie jestem zgniewany.