Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jesteś, powiadam.
— Jeśli chcesz koniecznie, nie mam nic przeciw temu, ale niechże się wprzódy dowiem, co znów zmalował.
— No, zdarzy się, raz, drugi, z tego jeszcze dziury w niebie nie będzie. Ot, zdybie się gromadka chłopaków i dziewcząt; piją, baraszkują, tańczą; godziny lecą; szast, prast, brama zamknięta...
Tutaj, Byk, zniżając głos, dodał: „Nikt nas nie słyszy; tedy, mówiąc szczerze, czy my byliśmy lepsi w ich wieku? Wiesz, jacy ojcowie są najgorsi? ci co zapomnieli o błędach swej młodości. Powiedz, czy nam się nigdy nie zdarzyło przespać poza domem?
— A ty, Byczku, mój kumie, powiedz, czy nigdy nie trafiło się nam zadurzyć w spódniczce, wbrew chęciom rodziców?
— Toteż ja krzyczę głośniej niż mnie boli. Rób tak samo.
— Ale Kubuś nie spał poza domem, przynajmniej nie tej nocy, jestem tego pewny.
— No, dobrze już, dobrze, jeśli nie tej, to innej. Zatem, nie masz urazy do chłopca?
— Nie.
— I gdy odejdę, nie będziesz się znęcał nad nim?
— Ani trochę.
— Dajesz słowo?
— Daję.
— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
— Rzecz tedy załatwiona, wracam do domu...“