Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tymczasem przechodziła Justysia i mój biedny druh, Byk młodszy.
PAN. — Jestem pewien, że Justysia poprzysięgła sobie nigdy nie wrócić na stryszek i że się tam znalazła jeszcze tego samego wieczora. Ale w jaki sposób wydostanie się owego ranka?
KUBUŚ. — Jeżeli pan się czuje w obowiązku zgadywać, ja milknę... Owóż Byk-syn wyskakuje z łóżka, boso, z portkami w rękach i kamizolą na ramieniu. Podczas gdy się ubiera, Byk-ojciec mruczy przez zęby: „Od czasu, jak sobie nabił głowę tą łajdaczką, wszystko się rozłazi w domu. To się musi skończyć: to nie może trwać długo: zaczyna mnie to nudzić. Żeby jeszcze dziewczyna była warta; ale taka, taka!... Ha, gdyby biedna nieboszczka, kobieta uczciwa i honorna jak mało, widziała to, dawnoby już chłopaka wyłoiła kijem, a dziewusze wydrapała oczy, pod bramą kościoła, po sumie, na oczach ludzi. Ho, ho! z nią nie było żartów! ja byłem za miętki; ale jeśli wyobrażają sobie że i nadal tak pójdzie, to się mylą.“
PAN. — Czy Justysia słyszała to wszystko ze stryszku?
KUBUŚ. — Niema wątpienia. Tymczasem Byk-syn powędrował do dzierżawcy z osią na ramieniu, Byk-ojciec zaś wziął się do roboty. Po kilku machnięciach hebla, nos majstra zaczął domagać się niucha tabaki; szuka tabakierki w kieszeniach, pod poduszką; nie znajduje. „To ten hultaj, powiada, musiał ściągnąć jak zazwyczaj; zobaczmyż czy nie zostawił na górze...“ I oto stary drapie się na stryszek. W chwilę później, spostrzega, że zapo-