Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


działa mu się gdzieś fajka i nóż: znów gramoli się na stryszek.
PAN. — A Justysia?
KUBUŚ. — Zgarnęła pospiesznie odzież i wśliznęła się pod łóżko, gdzie ułożyła się na płask na brzuszku, wpół żywa ze strachu.
PAN. — A twój przyjaciel, Byczek?
KUBUŚ. — Oddawszy oś, założywszy ją jak należy i odebrawszy zapłatę, przybiegł do mnie i zwierzył mi się ze swego straszliwego kłopotu. Zabawiwszy się nieco jego strapieniem, rzekłem: Słuchaj, Byczku, idźże się przejść na wieś albo gdzie ci się podoba; już ja to biorę na siebie. Proszę cię tylko o jedno: byś mi zostawił nieco czasu...“ Ale pan się uśmiecha, co panu chodzi po głowie...?
PAN. — Nic.
KUBUŚ. — Byk młodszy, mój przyjaciel, wychodzi. Ja się ubieram, zastał mnie bowiem jeszcze w łóżku. Idę wprost do starego, który, ujrzawszy mnie, zaczął wydawać okrzyki zdziwienia i radości, i rzekł: „Hoho, chrzestny synaczku, tyżeś to! skąd przybywasz i co porabiasz tu tak wczesnym rankiem?...“ Chrzestny ojciec miał dla mnie wiele prawdziwej przyjaźni; toteż, rzekłem otwarcie: „Nie chodzi o to skąd idę, ale jak wrócę do domu.
— He, he, chrzestny synalku, nicpoń się robi z ciebie; lękam się, że mój Byczek i ty tworzycie dobraną parę. Nie spałeś w domu?
— A ojciec nie zna co to żarty na tym punkcie.
— Ma słuszność, chrzestny synaczku, ma słuszność. Ale zacznijmy od śniadania, butelka nam coś podszepnie.