Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KUBUŚ. — Odmawiam moją modlitwę.
PAN. — Ty się modlisz?
KUBUŚ. — Czasami.
PAN. — I cóż mówisz?
KUBUŚ. — Mówię: „O ty, kimkolwiek jesteś, który uczyniłeś wielką wstęgę, i którego palec nakreślił całe pismo wypisane w górze, wiedziałeś od wieków czego mi potrzeba; niechaj się wola twoja spełni. Amen.
PAN. — Czy nie równie skutecznie byłoby siedzieć cicho?
KUBUŚ. — Może tak, a może nie. Modlę się na wszelki wypadek. Gdybym miał władzę nad sobą, anibym się cieszył ani martwił, cobądźby mi się trafiło; ale, ponieważ rządzę się jeno porywem, zapominam o naukach kapitana i śmieję się i płaczę jak głupiec.
PAN. — Czy twój kapitan nie płakał i nie śmiał się nigdy?
KUBUŚ. — Rzadko... Joanna przyprowadziła jednego rana córkę, i, zwracając się serdecznie do mnie, rzekła: „Panie drogi, jesteś tedy w pięknym zamku, gdzie będzie ci nieco lepiej niż u chirurga. W początkach zwłaszcza, och! będą cię pielęgnować cudownie. Ale ja znam służbę; zbyt dawno sama w niej jestem: pomału, ostygnie ten piękny zapał. Państwo przestaną myśleć o tobie; i, jeśli choroba potrwa, popadniesz w zapomnienie, ale to tak doskonałe, iż, gdyby ci przyszła ochota umrzeć z głodu, powiodłoby ci się to najzupełniej...“ Następnie, zwracając się do córki, rzekła: „Słuchaj Dyziu, masz mi odwiedzać tego zacnego człowieka cztery razy