Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MARGRABIA. — Na honor, niemal że tak. Z rozpaczy, rzuciłem się w najobrzydliwszą rozpustę.
PANI DE LA POMMERAYE. — Jakto? Z rozpaczy?
MARGRABIA. — Tak z rozpaczy!...
To rzekłszy, zaczął przechadzać się wzdłuż i wszerz nie mówiąc słowa; podchodził ku oknu, spoglądał w niebo, przystawał przed panią de La Pommeraye; szedł ku drzwiom, wołał swoich ludzi którym nie miał nic do powiedzenia, odsyłał ich, wracał; podchodził znów ku pani de La Pommeraye, która, zajęta haftem, nie zwracała nań uwagi; chciał mówić, nie śmiał; wreszcie, ulitowała się i rzekła: „Co się z panem dzieje? Nie pokazujesz się miesiąc; naraz, zjawiasz się z miną człowieka wykopanego z grobu, i błądzisz niby dusza potępiona.
MARGRABIA. — Nie mogę dłużej wytrzymać, muszę pani wyznać wszystko. Zająłem się żywo córką jej przyjaciółki; czyniłem wszystko, co się zowie wszystko, aby o niej zapomnieć; i im więcej dokładałem starań, tem bardziej musiałem pamiętać. Ta anielska istota prześladuje mnie; błagam, chciej mi pani oddać ważną przysługę.
PANI DE LA POMMERAYE. — Jaką?
MARGRABIA. — Koniecznie, muszę koniecznie ją widzieć, i to za twoją pomocą. Puściłem w ruch szpiegów. Jedyna droga, jaką odbywają, prowadzi z domu do kościoła i z kościoła do domu. Dziesięć razy zjawiłem się pieszo na ich drodze; nie spostrzegły mnie nawet; wystawałem pod drzwiami bez skutku. Z ich łaski, stałem się rozpustnym jak szympans, później nabożnym jak anioł; nie chybiłem