Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


które zdarzyło mi się zawrócić... Spieszmy teraz do pani de La Pommeraye.
KUBUŚ. — Gdybyśmy wprzódy wypili łyczek za zdrowie tych gorszych głów które pani zawróciła, czyli za moje zdrowie?
GOSPODYNI. — Bardzo chętnie; były między niemi takie które były tego warte, licząc w to albo i nie licząc głowę pana Jakóba. Czy wiecie, że, przez dziesięć lat, byłam opatrznością wojskowych, rozumie się w uczciwem rozumieniu? Wielu z tych którym wygodziłam, znalazłoby się w wielkim kłopocie, gdyby im przyszło wyekwipować się w pole bez mojej pomocy. To dzielni ludzie, nie mam przyczyny uskarżać się na nich, ani też oni na mnie. Żadnych obligów, weksli; czasem dali trochę czekać; ale, po upływie dwóch, trzech, czterech lat, zawszem swoje dostała z powrotem...
I dalejże wyliczać oficerów, którzy uczynili jej zaszczyt czerpiąc w jej sakiewce: pan taki a taki, pułkownik ***, pan znów taki, kapitan ***; i nagle Kubuś zaczyna wykrzykiwać: „Mój kapitan! mój biedny kapitan! znałaś go pani?
GOSPODYNI. — Czy znałam? Słuszny, dobrze zbudowany, nieco suchy, wejrzenie szlachetne i surowe, łydka muskularna, dwa czerwone punkciki na prawej skroni. Więc pan służyłeś?
KUBUŚ. — Czy służyłem?
GOSPODYNI. — Tem więcej pana kocham za to; nie wątpię, iż zachowałeś wszystkie przymioty swego dawnego stanu. Pijmy zdrowie pańskiego kapitana.
KUBUŚ. — Jeśli jest jeszcze żywy.
GOSPODYNI. — Żywy czy umarły, i cóż to znaczy?