Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mylisz się, droga przyjaciółko, przysięgam że się mylisz; tylko, w istocie, bywają dni... Niewiadomo na czem to polega.
— Mój przyjacielu, oddawna już mam ochotę uczynić ci pewne zwierzenie, ale obawiam się zrobić ci przykrość.
— Ty mogłabyś mi zrobić przykrość? ty?
— Być może; ale niebo świadkiem mej niewinności... (Proszę pani? proszę pani? proszę pani? — Dla kogo i czegokolwiek w świecie, zabroniłam aby wołano; zawołajcie męża. — Niema go w domu). Panowie, chciejcie darować, za chwilę jestem na usługi.
Gospodyni schodzi na dół, powraca i podejmuje opowiadanie:
„...Stało się to bez mego zezwolenia, bez mej wiedzy, przez jakieś przekleństwo, któremu cały rodzaj ludzki widocznie jest podległy, skoro ja, ja nawet, nie zdołałam go uniknąć.
— Ach, więc to o pani... I lękasz się!... O cóż chodzi?
— Margrabio, chodzi o... jestem w rozpaczy; ciebie przywiodę do rozpaczy... wszystko dobrze zważywszy, lepiej byłoby zmilczeć.
— Nie, droga przyjaciółko, mów; czy, na dnie serca, miałabyś mieć dla mnie tajemnicę? Czyż nie było pierwszym z naszych układów, iż dusze nasze będą otwarte dla siebie bez zastrzeżeń?
— To prawda, i oto co mi ciąży; wyrzut ten pomnaża jeszcze ciężar innego, o wiele ważniejszego, jaki muszę sobie czynić. Czy nie spostrzegasz, margrabio, że gdzieś się podziała moja dawna wesołość? Straciłam apetyt; piję i jem jedy-