Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gwałtownie na którąś z osób sztuki, świadczących sobie przy pożegnaniu zbyt długie grzeczności; wykrzyknąłby szorstko: Niech djabli porwą ceremo... Ale zatrzymałby się w połowie słowa i rzekłby łagodnym tonem do siostrzenic: „Dalej, panny, podajcie mi rękę, i chodźmy.“ — I, aby ta figura była związana z tłem, uczyniłbyś ją protegowanym Gerontowego siostrzeńca? — Doskonale! — I to na prośbę siostrzeńca wuj pożyczył owe pieniądze? — Wybornie! — I o tę właśnie pożyczkę wuj miałby pretensje do siostrzeńca? — Właśnie. — A czy rozwiązanie tej ładnej sztuki nie byłoby rodzajem generalnej próby, przy pełnym komplecie rodziny, rodzajem przeglądu wszystkiego co uczynił wprzódy z każdą z osób w szczególności? — Masz słuszność. — I, jeżeli spotkam kiedy pana Goldoniego, opowiem mu dzisiejszą scenę. — Dobrze uczynisz; jestto człowiek dość utalentowany aby z niej skorzystać.

Gospodyni wróciła na górę, ciągle z Linką na ręku, i rzekła: „Mam nadzieję, że będziecie panowie mieli dobry obiad; nasz raubszyc właśnie się zjawił; gajowy z zamku takoż nie omieszka...“ Tak mówiąc, przysunęła krzesło i usiadła, gotowa rozpocząć opowiadanie.
GOSPODYNI. — Trzeba się mieć na baczności przed służbą; panowie nie mają gorszych nieprzyjaciół.
KUBUŚ. — Ot, nie powiadałabyś pani byle czego; bywają słudzy dobrzy, bywają źli; jedno w drugie, naliczyłoby się może więcej dobrych sług niż dobrych panów.