Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czy nic nie spostrzegłeś?
— Nie jestem wogóle zbyt spostrzegawczy; ale zdawało mi się, iż, żegnając się, dawali sobie jakieś znaki głową, jakgdyby jedno mówiło tak, a drugie nie.
— A która głowa mówiła tak?
— Intendenta.
— Są tedy niewinni, albo też są wspólnikami. Słuchaj, przyjacielu, nie wracaj do domu, ukryj się w bezpiecznem miejscu, gdzie sam wolisz, a przez ten czas pozwól mi działać; pamiętaj zwłaszcza...
— Nie pokazywać się i milczeć.
— Otóż to właśnie“.
Od tej chwili, dom cukiernika otoczono tajną strażą. Szpiegi, pod rozmaitego rodzaju przebraniem, zwracają się do cukiernikowej i pytają o męża: jednemu odpowiada że chory, drugiemu że wyjechał za interesami, trzeciemu że na wesele. Kiedy wróci? Niewiadomo.
Trzeciego dnia, o drugiej nad ranem, donoszą komisarzowi, iż jakiś mężczyzna, z twarzą szczelnie otuloną płaszczem, otworzył po cichu drzwi od ulicy i równie cicho wśliznął się do domu. Natychmiast, komisarz, w towarzystwie oficera żandarmerji, ślusarza, doróżki i kilku żołnierzy, spieszy na wskazane miejsce. Ślusarz otwiera bramę, oficer i komisarz wchodzą stąpając na palcach. Pukają raz i drugi: żadnej odpowiedzi; za trzecim razem, odzywa się głos z wewnątrz: „Kto tam?
— Otwórzcie.
— Kto tam?
— Otwórzcie, w imię Jego Królewskiej Mości.