Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mam już dosyć historji p. Gousse. Godzi się, bezwątpienia, abym niekiedy szedł za twojem zachceniem; ale godzi się niekiedy również tobie iść za mojem, nie mówiąc już o tem, iż wszelki słuchacz który pozwolił rozpocząć opowiadanie, zobowiązuje się wysłuchać do końca.
Powiedziałem po pierwsze; otóż, powiedzieć po pierwsze, znaczy zapowiedzieć conajmniej po drugie. Po drugie tedy... Słuchajcie lub nie, będę mówił sam dla siebie... Kapitana Kubusiowego i jego przyjaciela mogła trawić namiętna i tajemna zawiść; jest to uczucie, które przyjaźń nie zawsze umie poskromić. Niczego równie trudno nie przebacza się komuś, co jego zalet. Czyż nie mogli obawiać się jakiegoś faworu, któryby stał się jednaką zniewagą dla obu? Sami nie wiedząc o tem, starali się może zawczasu pozbyć niebezpiecznego współzawodnika, próbowali się na przyszłą sposobność. Ale jak można posądzać o coś podobnego kogoś, kto tak wspaniałomyślnie zrzeka się rangi komendanta twierdzy na rzecz bardziej potrzebującego kolegi? Zrzeka się, prawda; ale, gdyby go jej pozbawiono, upomniałby się może o to ostrzem szpady. Wszelki fawor, przeskok w awansie, o ile, w świecie wojskowym, nie przynosi zaszczytu temu kto zeń korzysta, jest, bądźcobądź, hańbą, dla jego rywala. Ale dajmy pokój temu wszystkiemu i powiedzmy iż to była ich manja. Czyliż każdy niema swojej? Ta, której ulegli dwaj oficerowie, grasowała przez wiele wieków w całej Europie; nazywano ją duchem rycerstwa. Cała ta błyszcząca hałastra, uzbrojona od stóp do głowy, przystrojona rozmaitemi