Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CHIRURG. — Czemu, kumie? toć moja tam zachodzi.
GOSPODARZ. — To wasza sprawa.
CHIRURG. — Zdrowie mojej chrześniaczki; jakżeż się ona miewa?
GOSPODARZ. — Bardzo dobrze.
CHIRURG. — No, kumie, zdrowie naszych żon: dzielne kobiety.
GOSPODARZ. — Wasza ma więcej oleju w głowie; nie byłaby tak głupia, aby...
GOSPODYNI. — Ależ, panie kumie, możeby siostry szarytki...
CHIRURG. — Och, pani kumo! mężczyzna, mężczyzna, u sióstr! A przytem, jest pewna mała trudność, troszkę większa niżeli palec... Pijmy na zdrowie sióstr, to dobre dziewczęta...
GOSPODYNI. — A jaka trudność?
CHIRURG. — Wasz mąż nie chce, abyście szli do proboszcza, a moja żona nie chce, bym chodził do sióstr... Ejże, kumie, jeszcze szklaneczkę, to nam może rozjaśni w głowie. Wzięliście już na spytki tego człowieka? nie jest może bez środków.
GOSPODARZ. — Żołnierz!
CHIRURG. — Żołnierz ma ojca, matkę, braci, siostry, krewnych, przyjaciół, kogoś pod słońcem... Napijmyż się jeszcze ten łyczek, oddalcie się i pozwólcie mi działać.

Taka była rozmowa chirurga, gospodarza i gospodyni: ale jakież inne barwy było w mej mocy nadać jej, wprowadzając jakiegoś zbrodniarza między tych poczciwych ludzi? Kubuś ujrzałby się, lub