Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bardzo.
— Jeżeli będziesz chodził trochę gorzej, tańczyć zato będzie ci się tem lepiej... Pani kumo, wina ciepłego tutaj... Nie, wprzódy tamtego, do gęby: jeszcze jedną szklaneczkę, to opatrunkowi tylko wyjdzie na zdrowie.“
Wychylił szklankę: przyniesiono gorącego wina, obmyto ranę, ukończono opatrunek, ułożono mnie w łóżku, upomniano abym spał jeśli zdołam, zasunięto firanki, dokończono nadpoczętej butelki, przyniesiono drugą, i rozpoczęła się narada między chirurgiem, gospodarzem i gospodynią.
GOSPODARZ. — Słuchajcie, kumie, czy to potrwa długo?
CHIRURG. — Bardzo długo... W wasze ręce.
GOSPODARZ. — Ile? Miesiąc?
CHIRURG. — Miesiąc! Powiedzcie dwa, trzy, cztery, któż może wiedzieć? Rotula nadwerężona, femur, tibja... W wasze, pani kumo.
GOSPODARZ. — Cztery miesiące! Jezu miłosierny! Poco go było przyjmować? Djabliż ją wynieśli na ten próg przeklęty!
CHIRURG. — W moje ręce: napracowałem się tego.
GOSPODYNI. — Znowu pan mąż zaczyna swoją śpiewkę. Co innego przyrzekałeś dziś w nocy; ale cierpliwości, przyjdzie koza do woza.
GOSPODARZ. — Ale, powiedz mi, co począć z tym człowiekiem? Gdybyż bodaj rok nie był taki lichy!
GOSPODYNI. — Jeżeli chcesz, pójdę do proboszcza.
GOSPODARZ. — Jeśli nogą tam stąpisz, kości ci połamię.