Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak to chodzą milconie po kapuście! Bydło — to śpilka — nie uźry!... Alem ich wywiódł, ze nie dojedli... Ha! ha!
I poszedł na dół ścieżyną ku kościołowi.
A oni wszystkie rządki przeszli i nie zdołali znaleść śladu raci bydlęcych, z powodu których mogliby zacząć bitkę ze sąsiadem.
Źli powrócili do izby i poczęli się na nowo żreć pomiędzy sobą, sując se w oczy po kopie djabłów i więcej...
Tak bywa dziś i każdego dnia...