Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stary, zapatrzywszy się w okno, pochylił łyżkę. Mleko z niej wylało się na ziemię.
— E jakze ty jes, weredo? — szturknęła go styliskiem baba.
Nie odpedział jej jeszcze, kiedy coś zadudniło w sieni, a potem drzwi zaskrzypiały na zawiasach.
Obejrzeli się wszyscy. Na progu stanął chuderlawy chłopina.
— Niech bedzie pochwalony!
— Na wieki wieków! Witacie kumotrze!
— Podź-cie dalej! Zeprzyjcie sie...
Przybyły kumotr zerknął ukradkiem po izbie i uśmiechnął się złośliwie.
— E dyć wy se tu jecie, jecie... a nic nie wiecie, co sie stało...
— Coz takiego?! — wrzaśli naraz wszyscy.
— No, coz takiego — cedził zwolna przez zęby uśmiechając się ciągle. — Nic takiego, ino wam sąsiadowe bydło wlazło do kapusty...
— Kaśka, Maryna, Józek! — wrzasnął stary.
Wszyscy naraz praśli o ziem łyżkami, poskakowali i zrobili taki ścisk we drzwiach, żeby palca między nich nie wsunął; porozbijali głowy o słupy lecieli kupą...
Chuderlawy chłopina wysunął się za nimi, wyszedł drugiemi drzwiami, a idąc chodnikiem na dół, trząsł głową i dusił w sobie cichy, złośliwy śmiech...
— Niech mają — szepnął. — Niech se ta łby pourywają...
Nad miedzą stanął, obejrzał się za okół. Wszyscy czworo chodzili po rządkach z oczami wbitemi w ziemię.
Od czasu do czasu podnosiła się wśród nich wrzawa i „psie pokuse” dolatywały uszu stojącego, którego wargi drgały tajonym śmiechem.