Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy pan wie, żem jeszcze nie namyślił się — odrzekł, przechylając głowę na ramię.
Czop poruszył się na krześle niespokojnie.
— A cóż tu namyślać się! — zawołał — gotówkę masz? Więc idzie o to tylko: dajesz czy nie?
— Ono to tak... dać łatwo, ale...
— Eh, panie Piotrze, nie gadaj bez potrzeby, przerwał, zdobywając się na ton żartobliwy.
— Procent dobry, ewikcya chwała Bogu jest, uderzmy po rękach i zgoda.
Wyciągnął rękę ku niemu, pan Piotr nachylił się i pocałował w samą dłoń.
— Ot, tak to lubię! Masz z sobą pieniądze? Zresztą, możesz mi je przynieść do Jaworu, tam i weksel napiszemy, ja jeszcze z tydzień w domu zabawię.
Gość podniósł rękę do ucha, skrzywił się trochę, w końcu wyrzekł przymilony:
— Z pieniędzmi ostanówki nie będzie... ja zawsze gotów służyć... ale czy nie można, żeby weksel podpisał teść pański... pan Zajkowski?
Czop cofnął się zbladły, zmierzył go piorunującym wzrokiem.
— Nie... — odrzekł, starając się ukryć oburzenie; wekslów moich nikt dotąd nie podpisywał. Możesz...
Oznajmiono mi, że konie gotowe, myśl o podróży usposobiła mię tak melancholijnie, że o wszelkich innych sprawach musiałem zapomnieć.
Upłynęło jeszcze kawał czasu. Zmuszony mieszkać w Wilnie latem i zimą, dawno roiłem sobie o domku gdzieś na przedmieściu, na Popławach naprzykład. Nieraz nawet plan swojej przyszłej siedziby rysowałem na zapylonym stole palcem, albo łyżeczką umoczoną w herbacie. Pomimo poszukiwań osobistych i przez faktorów nic odpowiedniego znaleść nie mogłem. W tem, jednego poranku, kiedy jak najmniej byłem przygotowany do wesołej nowiny, zjawił