Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Do powiatowego miasteczka parę mil tylko, według ludowego podania, gdyż partykularnych dróg u nas nikt, jako żywo, nie mierzył. Otóż i te niby dwie mile, zaczęte o zmroku, skończyły się o północy zaledwie. W miasteczku, pomimo spóźnionej pory panował ruch niezwykły; świeciło się jeszcze we wszystkich oknach, na rynku kilkanaście chłopskich furmanek, których konie nakryte derkami, mokły na deszczu, podczas gdy ludzie grzali się po karczmach. Zdziwiony trochę, przypomniałem sobie w końcu, że na dzień jutrzejszy naznaczono konskrypcyę koni; a zatem w miasteczku zjazd musiał być liczny. Pojechaliśmy do kilku karczem z rzędu, wszędzie odmówiono nam schronienia z powodu braku miejsca. W podobnej okoliczności znajdująca się niegdyś święta Rodzina szukała przytułku wśród osłów i owiec, my tego zrobić nie mogliśmy, gdyż deszcz lał coraz energiczniej, a konie ani myślały ruszyć się z miejsca. Miałem w miasteczku znajomy zajazd, gdzie się zatrzymałem kilka razy. Siedząc na bryczce, spoglądałem w jego oświetlone okna; zajęty był, widziałem to zdaleka. Wysiadłem jednak i poszedłem próbować szczęścia.
Wdrapawszy się jakoś na mokre schodki, otworzyłem drzwi, prowadzące z ulicy prosto do mieszkania gospodarza. Owiała mię miła woń cebuli i tego „wszystkiego“, w którem czuć pieprz, imbir, anyż, czosnek, świeże chały, duszące ciepło dwunastu młodych członków rodziny i dwojga starych, połączone z żarem rozpalonego pieca, do którego przed chwilą zasunięto garki z jadłem na szabas. Nie odstraszyła mię ani ta woń, ani gwar rozlicznych głosów, gdyż zziębły nie byłem usposobiony go odwrotu
Gospodyni poznała mię. Zakłopotana długo się namyślała; nim wyrzekła stanowczo:
— Niema miejsca!
Wyobrażam sobie, że przez tę chwilę namysłu niebyło tak nędznej dziury, od kurnika aż do strychu, gdzieby nie sięgnęła myślą w celu pomieszczenia mnie jakkolwiek.