Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


służbę, proszą się, to ksiądz próbuje, który lepiej gra, ot i wszystko!
— A... ha!
Baby żałowały trochę, że nie duch. Strachu byłoby dosyć, ale i dziwa nie mało; teraz muszą z próżnemi gębami wracać do chaty. Żywy organista to przecież nie bardzo wielka nowina.
Muzyka ucichła. W kościołku rozległo się ciążkie stąpanie, a po chwili przez boczne drzwi wyszedł ksiądz i dwóch ludzi. Baby już odeszły; zakrystyan skrzypnąwszy parę razy kluczem we drzwiach, popróbował pięścią czy dobrze zamknięte i powlókł się w stronę plebanii. Ksiądz przeprowadził go wzrokiem, wąchał tabakę, przechylał głowę z ramienia na ramię, potem szukał czegoś w bocznej kieszeni, a przez cały ten czas patrzył przed siebie, trochę zakłopotany; należało zrobić wybór między dwoma kandydatami, wahał się! Tymczasem organiści stali jak na nożach, gnietli czapki w rękach, przestępowali z nogi na nogę i z największem natężeniem wpatrywali się w księdza. Obaj wyglądali na ludzi wcale niezamożnych. Młodszy, dwudziestoletni chłopak, chudy blondyn, z nisko ostrzyżonemi włosami, drżał jak lękliwy pies, gdy na kij patrzy; napróżno usiłował być spokojnym, tłumił oddech, gryzł usta, nad drżeniem zapanować nie mógł! Ze strachu i niepokoju uszy mu poczerwieniały, pot wystąpił na czoło; mrugał oczami, przełykał ślinę jak dzieciak, kiedy się do płaczu zabiera. Drugi, o wiele starszy, wysoki szpakowaty brunet, zapięty szczelnie w czarnym, bardzo wytartym surducie, wyglądał spokojniej; nie drżał i nie mrugał oczami, tylko od czasu do czasu zaciskał palce aż w stawach trzeszczały i z tak ponurą natarczywością patrzył w twarz księdza, że ten mimowoli odwracał wzrok w przeciwną stronę, a pomimo to wciąż widział ogorzałą twarz, pokrytą czarnym, dawno niestrzyżonym zarostem, długą, chudą szyję i oczy dziwne, z wielkiemi białkami jak u cygana, słowem, pa-