Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dałby, żeby mógł! Dokucza mu na każdym kroku, wyśmiewa, przy ludziach szczególnie, gdyż lubi uchodzić za dowcipnego; trzy lata uczył się w miasteczku, potem wałęsał się od wioski do wioski; świata kawał zwiedził, rozumu dużo ma, a z chłopami bratać się nie lubi. Ma nawet czarny surdut, kamizelkę i popielate spodnie, które nakłada, idąc w niedzielę do miasteczka, albo do dworu na robotę; codziennie jednak nosi tylko niezbędną odzież z grubego płótna, bardzo połataną, lecz to nie przeszkadza mu wymyślać wszystkim od łapserdaków i oberwańców.
— Dziwo, że was żonka nigdy do sochy nie zaprzęga zamiast wołów? mówi dalej, oralibyście dobrze, i bata na was nie trzeba: krzyknęłaby tylko przy kominie hej, ho, ho, a wybyście już w polu siedm kościołów ujrzeli ze strachu! co, może nie prawda? Szczęście, że baba kuta, po mądrej drodze was prowadzi, samibyście tam nigdy nie trafili! Słyszę, łysego konia chce handlować z Filipem na ryżą krowę i was daje w dodatku na trzy miesiące; sobie tymczasem innego na wasze miejsce przyjmie. Tak ludzie gadają, czy prawda — nie wiem; od wczoraj nie byłem w wiosce. Po sprawiedliwości mówiąc, dość byłoby was na miesiąc oddać, krowa Filipa nie warta więcej. Jak myślicie, a?
Marcina żarty te mało obchodzą; przywykł już spoglądać na szewca, jak na „brechacza“; zaledwo dziesiąte słowo w uwagę bierze, a i z tego nic sobie nie robi! Nie chciałby tylko, żeby Natala słyszała, wobec niej stara się wykarać czemś ważniejszem, niż jest w istocie; rad byłby, żeby każdy przed nim pierwszy czapkę zdjął, on zaś spojrzałby na nią i pomyślił: a, co widzisz, ja to nie twój Michałko, przed którym nawet pies ogonem kiwać nie chce.“ W tym celu wobec niej nigdy nosa palcami nie uciera; w ostatecznej potrzebie czycha, jakby tabakę zażywał. Teraz, spostrzegłszy, że wyjrzała przez okienko i może posłyszeć ich rozmowę, zapytał: