Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pojechała? dokąd? co pani bredzi? Podniosłem rękę, chciałem ją potrząsnąć za ramię, rozbudzić; sądziłem, że mam do czynienia z lunatyczką.
— Pani konsyliarzowa poruczyła mnie...
— Wiem, wiem, no cóż dalej?
— Poruczyła mnie, ciągnęła przeklęta akuratność, złożyć wielmożnemu panu podziękowanie za wszystko, co tu raczył przygotować dla naszego chorego. Mnie zaś zostawiła na swojem miejscu.
— No, z tego nic nie będzie!... Przepraszam, nie to chciałem powiedzieć... gdzie jest ona? spi, czy?...
— Bóg ją raczy wiedzieć, gdzie się teraz znajdować może. Zapewne, jeszcze nie dojechała...
— Dokąd?
— Do domu. Wyjechała przed dwiema godzinami. Pojutrze imieniny p. Jana. Ona haftuje dla niego pantofle i jeszcze nie skończyła, musiała więc spieszyć!
Mogła sobie gadać ile chciał, nie słuchałem jej więcej. Oburzenie, gniew, wściekłość, słowem wszystko z czego się składa szlachetna natura ludzka, zawrzało we mnie! Gotów byłem wybić marę, starego wyrzucić za okno! dobre wychowanie wzięło górę, przełknąłem ślinę kilkakrotnie.
— Więc przyjedzie po imieninach zapewne?
— Wcale nie, dotąd prosiła męża, aż się zgodził na jej powrót. Przebędą w mieście całe lato, pod jesień jak nasz chory wróci podleczony pojadę na wieś, do matki pani Janowej. Tymczasem ja tu zostanę do usług chorego i pana konsyliarza?
Ciekaw jestem jakiego rodzaju usługi miała przy mnie spełniać ta mumia!
Przez całą noc oka zmrużyć nie mogłem, nad rankiem wraz ze słońcem zaświtała w głowie myśl, że może to mistyfikacya, może... Eh, brednie, rozmaite brednie przychodziły mi do głowy, którym nawet we śnie wiary dać nie mogłem. Pomimo to, nazajutrz wyświeżony, z cygarem