Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


PIERWSZA LEKCYA.


Pawełek, chociaż załedwo ośm łat przeżył, miał już swoją historyę, swoje wesołe i smutne wspomnienia. Wprawdzie pierwsze brzaski życia wydawały mu się jako przeszłość dawno miniona, ubliżająca nawet; zuch jeżdżący oklep na koniu, pierwszy szubrawiec w wiosce, co się nawet barana nie lękał, nie wierzył, że niegdyś leżąc brzuchem do góry między zagonami, mrużył oczęta przed światłem dziennem, ssał własne pięści, koszulkę, albo fartuch matczyny, który mu za posłanie służył. Czerwone maki, kopry, nawet marchew, wyglądały wówczas jako las olbrzymi, w którym brzęczał nieznany świat zwierząt, szumiało coś dziwnie! Chłopak patrzał, słuchał i zasypiał w końcu ukołysany piosnką całej natury! Spałby tak może do dnia sądnego gdyby nie głód — pierwszy bodziec do energicznego wystąpienia; nim jednak oczy otworzył, zaczynał krzywić się, marszczył czoło, poruszał nosem, a przygotowawszy się należycie — beknął! Teraz tylko własny głos słyszał, a tak mu się podobała ta harmonia, że zaczerwieniony jak burak drżał cały i krzyczał, wydobywając resztki sił! Zdawało mu się, że wszystko umilkło, gdy on się odezwał właściwym sobie narzeczem, — iluzya zresztą dość zwyczajna wśród krzykaczy! Wysilając się na coraz donioślejsze tony, nie widział, jak między makami i koprem ukazała się spotniała twarz matki, a tylko zasłyszawszy głos jej, krzykacz — cichł nagle, otwierał oczy i wyciągał ręce uśmiechnięty: