Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To pańska praca? — spytałem niezrażony.
Skinął głową. Miałem pochwałę na ustach, ale poważno-surowy wyraz twarzy malarza nie dozwolił mi ich otworzyć.
— Czyj to oryginał?
— Eh, jestto robota mało znanego artysty — odrzekł.
Mój głos pokorny zdawał się go rozbrajać, spojrzał na mnie, jakby wyczekiwał, czy go jeszcze o co nie za pytam.
— Artysta ten był niegdyś moim nauczycielem — mówił dalej bez cienia niecierpliwości — obrazek zaś przedstawia w istocie chatę litewską; te dwa powody skłoniły mię do skopiowania, chociaż pejzarzysta nie jestem.
Wielbiciel mitologii stał już od pięciu minut za jego plecami; przebiegał wzrokiem od oryginału do kopii i napowrót; obraz zajmował go widocznie.
— Hm, pas mal, pas mal! — wyrzekł, talent, tak... wielki talent — dodał, zasłyszawszy, że rozmawiamy po polsku. Siużet tylko... mdły! To pan robiłeś? Hm, nie źle, wcale nie źle! Siużet niewdzięczny, ale zrobione po mistrzowsku! Pejzażysta, co?
Wąchał tabakę, mrugał oczami, zmęczonemi długiem natężeniem.
— Hm, lat kilka jeszcze... Włochy... Rzym... a może wyjść znakomitość! Tak, tak — mówił dalej jakby do siebie.
Drobnemi krokami obszedł stalugi i zatrzymał się za obrazem, akurat naprzeciw artysty. Spojrzał mu w oczy, a wąskie usta skrzywiły się sarkastycznie; obejrzał od stóp do głowy i znowu w twarz się wpatrzył. Czerwone plamy wystąpiły na policzki młodzieńca; jakaś strasznie rogata duma musiała siedzić w tem wątłem ciele, przykrytem taką nędzną odzieżą. Nienawidził pochwał, czy współczucia, gdyż zarówno podziwianie pracy, jak i przyglądanie się osobie, drażniły go widocznie. Na mitologa nie raczył na-