Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chata, czy dworek, z dachem przez wiatr potarganym, na płocie przed chatą hładysze, dojniec, kilka ścierek czy płatków do cedzenia — ot i wszystko. Żeby jeszcze przez jedno z malutkich okienek wyjrzał żyd arendarz, a przede drzwiami zapędzić parę kóz i kilka chłopskich furmanek, obrazek byłby żywcem schwycony z Litwy, gdzie każda pojedyncza chata przy drodze, pod jakąkolwiek firmą istnieje, w gruncie rzeczy zawsze karczmą być musi. Odstąpiłem krok jeden, poprawiłem binokle.
— Niech mię djabli porwą, jeżeli to nie Litwa! — mruknąłem z całą swobodą wołającego na puszczy, pewny, że głos mój chociaż usłyszany, zrozumiany nie będzie.
Artysta drgnął; obrzucił mię wzrokiem od stóp do głowy. Ugryzłem się w język, nie należało przemawiać tak zaściankowym stylem w europejskiej świątyni. A malarz wciąż patrzał na mnie, wyraz twarzy miał ostry, spojrzenie ponure, poruszył parę razy ustami, jakby się wahał czy ma przemówić.
— Pan z Litwy? — spytał po polsku.
Skinąłem głową potwierdzająco.
Stał przez chwilę ze spuszczonemi oczyma, zmarszczył gęste czarne brwi i odwrócił się szybko do obrazu, nie okazując chęci do dalszej rozmowy.
Zacząłem porównywać kopię z oryginałem. Oh, jakże blado, smutnie, wstydliwie nawet wyglądał stary oryginał, w jakże świetny sposób przewyższała go świeża praca młodego artysty! Jaki koloryt, jaka perspektywa, co za cudowna harmonia w najmniejszym szczególe! Obrazek wykończony z zamiłowaniem, oddychał życiem niby wprost wykrojony z natury. Tej prawdy nie mógłbym nazwać malowaną. Zaszedłem z boku, chcąc raz jeszcze spojrzeć w twarz malarza. Spostrzegł moją ciekawość, nachmurzył się jeszcze więcej, twarz wyrażała proste, ale niezbyt uprzejme: czego cię tu licho przyniosło! Unikał mego wzroku, chcąc tem samem uniknąć rozmowy.