Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odetchnęła swobodniej. Żebyż przynajmniej jak najdłużej nie wracał.
— Ten trzeci może wyjdzie na człowieka... cherlawy, mazgaj, ale i z takich ludzie bywają. Uczył się dobrze; ojciec dawał mu czasem rubla za dobrą cenzurę; ale nauczony doświadczeniem, zapowiadał jednocześnie, że z domu wypędzi, jeżeli na drugi rok pozostanie w tej samej klasie. Chłopak cherlał ale pracował! Matka nieraz miała łzy w oczach, patrząc, jak on mało jadł. Karmiła go, jak zdołała najlepiej — nic nie pomogło. Jeszcze żeby się poskarżył na żołądek, czy na głowę, można byłoby doktora przywołać! Mówił, że jest zdrów zupełnie, tylko jakoś niczego mu się nie chce. W wolnych chwilach wyszukiwał w ogrodzie kawałek zielonej murawy, kładł się i spał na słońcu; do biegania sił nie miał. Ojciec mawiał, że trzeba będzie koniecznie poradzić się o niego: może to jaka nowomodna choroba. Matka troszczyła się jak umiała: nieraz umyślnie otworzy szafkę z przysmakami. Gdzie tam — ani patrzał w tę stronę.
— No, to już chyba nieludzka dusza w tem dziecku, rozmyślała, wzruszając ramionami.
Kiedy zachorował, pewną była, że umrze; takie spokojne i rozumne dzieci rzadko się hodują. Nie umarł i nie wyzdrowiał. Pielęgnowała go troskliwie; nie lubiła jednak, kiedy sąsiadki mówiły o nim z ubolewaniem. Nieszczęście to rzucało mocny cień na ich rodzinne życie; ona zaś chciałaby uchodzić za bardzo szczęśliwą kobietę. W tym celu, mówiąc z sąsiadkami o Władku, kłamała, że się ustatkował, że służba idzie mu wybornie. O Julku już nawet mówić nie mogła! Kiwała tylko głową z wyrazem najwyższego zadowolenia; no, a Jaś, biedny wprawdzie, niedołężny, ale czyż nie mają dostatecznych środków do utrzymania go przez całe życie. Załatwiwszy się z opinią ludzką o własnem szczęściu, doznała znacznej ulgi — Bóg mi dał los —