Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To też powiedziałem sobie basta! i basta! Od roku kija w ręku nie trzymałem. Teraz naturę mam czystą, w żadną stronę mię nie ciągnie; i dobrze mi z tem, żeby Bóg dozwolił do śmierci taki spokój zachować. Pozwoli! Jak papeczko myśli?
Gadałby tak bez końca, ale oto wchodzą do bramy. Zaledwo spostrzegł matkę w oknie, zerwał śpiesznie kapelusz z głowy i kłaniając się kilkakrotnie, wołał z daleka:
— Witamy, witamy mameczkę! Uśmiechał się rozjaśniony.
Można było posądzić, że przybywa co najmniej z Patagonii po trzechletniej podróży. Przyśpieszył kroku i ciągle uśmiechnięty wsunął głowę w otwarte okno; schwycił matkę za rękę.
— Obiadek już pewno gotów? Smaczniutki, wyśmienity, jak zwykłe — gadał, całując w rękę. Oh ta nasza mameczka, oh to kobieta, dalibóg! I znowu całował.
Wchodził do swego pokoju. Za chwilę w czwartem oknie, otoczonem winem, ukazywała się jego ruda głowa; poprawiał włosy, ocierał pot z czoła, tymczasem zaś zerkał na wszystkie strony podwórka. Przy pompie hoża pokojówka z pierwszego piętra płukała kołnierzyki, podkasana wyżej podwiązek, roztrzepując delikatne tiule i koronki, poruszała rozkoszną figurą. Tam w kącie chłopak stróża ciągnął cudzego psa za ogon i kopał go nogami w tylnie łapy. Na dziedzińcu nie brakowało rodzajowych obrazków: żywe oczy Julka uśmiechały się nie bez przyczyny.
Było jeszcze jedno okno, należące do mieszkania Turskich. Okno to bez bluszczu i firanek, jedyne z tej strony domu, wychodziło na spory ogródek, otoczony z trzech stron ścianami kamienic; kilkanaście grusz i tyleż jabłonek, okadzanych dymem kominów, wiodło tu smutny żywot, usychając bez pory. Pod oknem krzak białego bzu rozrósł się szeroko; wśród gęstych, pokrzyżowanych gałązek wróble gniazdo uwiły; świergotliwe mieszczuchy skakały gdzieś