Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trzeba działać, gdy rzeczy zbaczają z właściwej drogi...
— Tak, ma pani słuszność — odparła matka... Jest w tem pewna korzyść...
— Podczas, gdy z oddalenia! Mój Boże.. można się spodziewać wszystkiego... to jest nie można liczyć na nic... Ileż dzisiaj ludzi podstępnych, chciwych... a zresztą zważ pani tylko... nie można niczego z góry przesądzać... może on się zmienił ten ksiądz Juliusz!... Może powraca z majątkiem...?
Błyskawica mignęła w oczach matki, ale rychło zagasła. Potrząsnęła smutnie głową i rzekła:
— Pragnę tego dla niego samego! Ale ksiądz Juliusz, to nie człowiek po temu... Jeśli się zmienił, to chyba na gorsze... oto moje przeczucie. Może będziemy musieli w dodatku do wszystkiego żywić go, utrzymywać... Paryż taki wielki, tak pełen ponęt, pokus... dzieje się tam tyle rzeczy i tylu tam złych ludzi!
— Zbytet, zbytet! — wykrzyknął pan Robin... — W Pagyżu zbytet gubi ludzi!... wszyscy silą się tylto, by coś wynaleść, na co by można magnować pieniądze... wyobgaście sobie państwo naprzytład, u senatoga w przedpotoju stoją dwaj murzyni z bgonzu, dwa gazy tat wielcy jat ja, a w gętach mają złocone latagnie... Tgudno pojąć... pgawda?... Ajednat widziałem to na własne oczy!...
— Ja znowu — począł ojciec — byłem raz w teatrze... Pokazywano George Sand... wiecie